Kilka dni przygotowań.
Nowa trasa. Ponad 100 kilometrów.
Sprawdzałem ślad na mapie.
Sprawdzałem pogodę. Deszcz? Wiatr? Temperatura.
Jeszcze raz pogodę.
Dzień wcześniej wszystko było gotowe.
Rower czysty. Sakwy spakowane. Narzędzia w kieszeni.
Warunki idealne.
Słońce lekko oświetlało drogę.
Rano wstałem.
Patrzyłem przez okno.
I nie pojechałem.
To nie był wyjątek.
Innym razem też wszystko było gotowe.
Umówiona trasa. Sobota.
Cisza w telefonie.
Kolega zaspał.
Start się przesunął.
Potem jeszcze trochę.
W końcu nie pojechałem.
Nie dlatego, że nie mogłem.
Po prostu już nie chciałem.
Jeszcze innym razem już jechałem.
Trasa zaczęta.
Nogi podawały.
Słońce na twarzy.
Zadzwonił telefon.
Praca. Pilne. Stresujące.
Odebrałem.
Kilka minut rozmowy.
Wystarczyło.
Głowa już była gdzie indziej.
Nie na trasie.
Po kilku kilometrach zawróciłem.
To nie były trzy różne sytuacje.
To był ten sam schemat.
Dzień wcześniej zaczyna się cała trasa.
Nie rano.
Nie na ścieżce.
Wtedy sprawdzasz pogodę.
Jeszcze raz.
Szukasz powodu, żeby nie jechać.
Nie dlatego, że nie możesz.
Nie dlatego, że nie chcesz.
Tylko po to, żeby sprawdzić, czy decyzja jest słuszna.
Układasz rzeczy.
Rower. Sakwy. Narzędzia.
Wszystko dokładnie.
Niby przygotowanie.
W rzeczywistości odkładasz moment, w którym miałbyś wyjść.
Przestawiasz alarm.
Jeszcze jedna kawa.
Jeszcze jeden mail.
Mała decyzja staje się dużym problemem.
I nagle nie ma startu.
Nie ma trasy.
Nie ma ciebie na rowerze.
Dzień wcześniej decydujesz.
Rano już tylko wykonujesz.
Długa trasa nie zaczyna się rano.
Zaczyna się dzień wcześniej.
W głowie.
W małych decyzjach, które podejmujesz, zanim wstaniesz z łóżka.
W telefonie, który odbierasz, zanim ruszysz.
W kawie, mailu, drobnym wymówieniu sobie tego wyjazdu.
Rano już nie ma nic do zrobienia.
Rano tylko wykonujesz.
Albo decydujesz wcześniej.
Albo nie ma czego zaczynać.

