Niższa temperatura, krótsze dni i przelotny deszcz zmuszają większość rowerzystów do zakończenia sezonu. Dla mnie oznacza to jedno: czas na trenażer. Co roku, po zakończeniu lata, wskakuję na rower w domu i zdobywam wirtualne kilometry – czasem z radością, czasem z przymusu.
Dlaczego trenażer?
Trenażer pozwala utrzymać rytm treningowy, kiedy warunki na zewnątrz zawodzą. Zwift i podobne aplikacje dają możliwość zaplanowania morderczego treningu, wzięcia udziału w wirtualnym wyścigu czy po prostu pokręcenia po trasach wirtualnego świata. Możesz to robić sam lub razem z innymi – i tak powstaje prawdziwa wirtualna społeczność rowerowa.
Co zyskujesz?
Przede wszystkim czas i spokój głowy. Nie martwisz się o deszcz, błoto ani o wczesny zmrok. Godzina późnym wieczorem na trenażerze jest prostsza do wygospodarowania niż całe popołudnie na trasie. Regularne sesje dają też efekt w nogach – wiosną nogi są gotowe do pierwszych dłuższych wyjazdów, a rytm treningowy nie znika.
Minusów też nie brakuje
Brak świeżego powietrza, monotonia, konieczność dyscypliny i miejsce w pokoju – to wszystko wymaga zaparcia i cierpliwości. Trenażer testuje nie tylko nogi, ale i głowę. Ale każdy, kto wytrwa, zyskuje przewagę, gdy przychodzi sezon na prawdziwe kilometry w terenie.
Koniec zimy i radość wiosny
Dając z siebie trochę więcej zimą, wiosną wsiadasz na rower i czujesz się jakbyś nigdy go nie zostawił. Pierwsze wiosenne kilometry smakują lepiej niż kiedykolwiek, bo wiesz, że przetrwałeś miesiące monotonnego, domowego treningu. Minimalizm, dyscyplina i przygotowanie – to działa.
A Ty?
Jak przetrwałeś zimę na trenażerze? Masz swoje triki, by nie zwariować pod dachem, czy ograniczasz się tylko do wirtualnych kilometrów? Może odkryłeś coś, co warto dodać do swojego zimowego zestawu treningowego?


Komentarze
Jedna odpowiedź do „Zima na trenażerze – przetrwać i nie zwariować”