Po drugiej stronie kierownicy

Na drodze dzielą nas czasem tylko centymetry. O bezpieczeństwie, wzajemnym szacunku i tym, dlaczego każdy powinien spojrzeć na drogę z drugiej strony kierownicy.

Coraz częściej trafiamy na informacje o wypadkach z udziałem rowerzystów. Kolejne potrącenia, ciężkie obrażenia, czasem wiadomości o kimś, kto nie wrócił do domu z przejażdżki.

Czytam je i myślę o tym, jak niewiele trzeba, żeby zwykły dzień na rowerze skończył się tragedią.

Nie chcę pisać, że jazda na szosie jest zbyt niebezpieczna. Nie chcę też przekonywać, że rozwiązaniem jest ucieczka na szutry i leśne ścieżki. Sam lubię jedne i drugie, ale nawet najspokojniejsza trasa czasem zaczyna się na zwykłej drodze. Do lasu też trzeba jakoś dojechać.

Chcę napisać o czymś innym. O tym, że kiedy spotykają się samochód i rower, obie strony mogą popełnić błąd, ale jego konsekwencje rzadko są takie same.

Kilka centymetrów

Każdy, kto regularnie jeździ na rowerze po drogach publicznych, prawdopodobnie zna to uczucie. Samochód wyprzedza cię tak blisko, że odruchowo napinasz ramiona i mocniej zaciskasz dłonie na kierownicy. Czasem wystarczy podmuch powietrza, żeby poczuć, jak niewiele dzieliło cię od kłopotów.

Mówi się na to wyprzedzanie na gazetę. Określenie dobrze znane rowerzystom, choć trudno uznać, że jest w nim cokolwiek zabawnego.

Pamiętam takie sytuacje. Pamiętam też moment przed światłami, kiedy zacząłem hamować, a jadący za mną samochód najwyraźniej zareagował zbyt późno. Zderzak niemal dotknął mojego tylnego koła. Poczułem to.

Nie doszło do wypadku. Pojechałem dalej. Została jednak świadomość, że wystarczyło niewiele, żeby ta zwykła sytuacja skończyła się zupełnie inaczej.

Z perspektywy kierowcy mogło to być tylko spóźnione hamowanie. Dla mnie oznaczało, że przez chwilę dzieliły mnie od samochodu dosłownie centymetry.

Nie wszyscy mamy takie same szanse

Na drodze wszyscy jesteśmy uczestnikami ruchu. Mamy swoje prawa i obowiązki, powinniśmy przestrzegać przepisów i zachowywać ostrożność. Nie wszyscy jesteśmy jednak tak samo chronieni.

Kierowca ma wokół siebie konstrukcję samochodu, pasy bezpieczeństwa i poduszki powietrzne. Rowerzysta ma ramę, dwa koła, kask i własne ciało. Nawet najlepsze wyposażenie nie zmieni tej podstawowej różnicy.

Kiedy samochód wyprzedza rowerzystę zbyt blisko albo zbyt późno reaguje na sytuację na drodze, kierowca może nawet nie zdawać sobie sprawy, jak poważne mogą być konsekwencje. Rowerzysta nie ma wokół siebie blachy, która przyjmie uderzenie.

Nie piszę tego po to, żeby stawiać rowerzystów ponad kierowcami. Samochód nie jest wrogiem, a każdy kierowca nie jest potencjalnym sprawcą wypadku. Chodzi o świadomość, że w zderzeniu z samochodem to osoba na rowerze ma znacznie mniej szans na uniknięcie poważnych obrażeń.

Nie zamierzam przestać jeździć

Lubię długie trasy, boczne drogi, szutry i moment, w którym asfalt kończy się gdzieś na skraju lasu. Lubię wyjechać rano i wrócić po wielu godzinach z głową pełną obrazów, których nie da się zobaczyć zza samochodowej szyby.

Nie chcę z tego rezygnować tylko dlatego, że na drogach zdarzają się niebezpieczne sytuacje.

Nie zamierzam też udawać, że wystarczy wybrać gravela zamiast szosy, żeby problem zniknął. Mogę planować trasy tak, żeby omijać ruchliwe odcinki, wybierać spokojniejsze godziny, zadbać o oświetlenie i zachowywać ostrożność.

Ale nie mam wpływu na wszystko.

Nie zdecyduję za kierowcę, czy spojrzy w lusterko. Nie sprawię, że zachowa bezpieczny odstęp. Mogę przewidywać sytuacje, ale nie przewidzę każdego cudzego błędu.

To jedna z trudniejszych rzeczy w jeżdżeniu po drogach publicznych: część naszego bezpieczeństwa zależy od ludzi, których nie znamy i których prawdopodobnie nigdy więcej nie spotkamy.

To nie jest prośba o przywileje

Rowerzysta nie potrzebuje specjalnego traktowania. Wystarczy, że kierowca zobaczy w nim drugiego człowieka.

Kogoś, kto jedzie do pracy, wraca do domu albo realizuje własne plany. Kogoś, kto chce przejechać swoją trasę i bezpiecznie wrócić.

Nie każdy musi być fanem kolarstwa, żeby zostawić odpowiedni odstęp podczas wyprzedzania. Ani rozumieć rowerowych pasji, żeby poczekać na bezpieczny moment. Nie trzeba nawet lubić osoby, którą się mija.

Wystarczy pamiętać, że to nie jest przeszkoda na drodze.

Odpowiedzialność działa oczywiście w obie strony. Rowerzysta również może być nieuważny, łamać przepisy albo źle ocenić sytuację. Nie zmienia to jednak faktu, że skutki błędu mogą być dla obu stron zupełnie inne.

Nie da się całkowicie wyeliminować ryzyka. Można je ograniczać, ale nie da się przewidzieć wszystkiego, co wydarzy się na drodze.

Dlatego chciałbym, żebyśmy częściej pamiętali o tym, jak wygląda ta sama sytuacja z drugiej strony kierownicy. Dla kierowcy poczekanie kilku sekund na bezpieczne wyprzedzenie zwykle niewiele zmienia w całej podróży. Dla rowerzysty odpowiedni odstęp może mieć ogromne znaczenie.

Nie chodzi o to, kto ma rację w dyskusji o miejscu rowerzystów na drodze. Nie chodzi o to, czy ktoś woli asfalt, szuter czy leśne ścieżki.

Chodzi o to, żeby po zakończonej jeździe odstawić rower, wejść do domu i spotkać się z ludźmi, na których nam zależy.

I żeby następnego dnia móc znowu wybrać się w drogę.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *