Najtrudniej jest pojechać, kiedy nie masz już dokąd

Przez kilka miesięcy wszystko kręci się wokół jednego celu. Trenujesz, jeździsz, układasz życie pod rower. A potem go osiągasz i nagle… nie chce Ci się jechać. Czy to naprawdę problem?

Nogi rowerzysty, odpoczywający po długiej trasie

Pod koniec roku, kiedy robi się zimno, rower zaczyna trochę znikać z codzienności. Jest więcej czasu na myślenie niż na jeżdżenie. I właśnie wtedy najczęściej pojawia się cel na kolejny sezon.

Jakiś konkretny dystans. Wyjazd. Wyzwanie. Coś, co wydaje się wystarczająco daleko, żeby przez kilka następnych miesięcy mieć po co trenować.

Zaczyna się planowanie. Treningi. Dłuższe jazdy. Układanie weekendów. Czasami nawet całego dnia pod rower.

I tak przez kilka miesięcy.

Aż w końcu przychodzi maj albo czerwiec i robisz to, co sobie zaplanowałeś.

Cel zostaje osiągnięty.

I wtedy zaczyna się coś, czego przez kilka ostatnich lat doświadczam regularnie.

Najdziwniejszy moment przychodzi po osiągnięciu celu

Nagle nie musisz już trenować.

Nagle nie trzeba już wstawać wcześniej, żeby dorzucić kilka kilometrów. Nie trzeba sprawdzać pogody i kombinować, gdzie wcisnąć trening. Weekend też nie musi być układany pod długą trasę.

I co najdziwniejsze – zaczynasz jeździć mniej.

Czasami nawet zwyczajnie nie chce Ci się wsiąść na rower.

Przez chwilę można pomyśleć, że coś jest nie tak. Przecież jeszcze niedawno potrafiłem podporządkować rowerowi pół dnia, cały weekend, a czasami sporo więcej. A teraz rower stoi i jakoś szczególnie mi to nie przeszkadza.

Tylko że to nie jest zmęczenie rowerem.

To nie jest też niechęć do jazdy.

Brakuje celu.

Przez pół roku rower był czymś więcej niż rowerem

Kiedy masz przed sobą konkretny cel, każda jazda ma swoje uzasadnienie.

Nawet ta, na którą kompletnie nie masz ochoty.

Każdy kilometr dokłada coś do większej całości. Dłuższa trasa, trening, wcześniejsze wstawanie. Nawet rezygnacja z czegoś w weekend może mieć sens, bo przecież przygotowujesz się do czegoś, co wydarzy się za kilka miesięcy.

Zachód Słońca nad polami

Droga wśród drzew

Rower staje się wtedy projektem.

I kiedy ten projekt się kończy, nagle znika również część powodów, dla których robiłeś tyle kilometrów.

Pojawia się pytanie:

Po co mam dzisiaj jechać?

I czasami nie mam na nie dobrej odpowiedzi.

Może nie trzeba od razu szukać kolejnego celu

Przez długi czas wydawało mi się, że trzeba ten moment czymś wypełnić.

Skoro skończyłem jedno, trzeba znaleźć następne.

Kolejny dystans. Kolejna trasa. Kolejne wyzwanie.

Zwłaszcza że przecież sezon jeszcze się nie skończył. Po osiągnięciu celu może być dopiero czerwiec, a przed nami nadal pół lata.

I co wtedy?

Może właśnie nic.

Nie trzeba od razu szukać kolejnego celu i znowu podporządkowywać mu życia. Czasami można po prostu odpuścić.

Nie da się być cały czas gravelowym freakiem

Lubię gravela. Lubię planować trasy, szukać nowych dróg, znikać gdzieś na cały dzień i wracać z kolejnymi kilometrami.

Ale nie da się chyba przez cały rok być gravelowym freakiem.

Nie da się cały czas cisnąć, planować, trenować i dokładać kolejnych celów.

Czasami warto zrobić coś innego.

Pojechać krócej. Pojechać bez planu. Wsiąść na szosę, jeśli przez ostatnie miesiące jeździło się głównie gravelem. Zamiast roweru pójść na spacer. Albo po prostu zostać w domu.

Bez poczucia, że właśnie marnujemy jakiś cenny dzień sezonu.

I przede wszystkim nie traktować tego jako problemu.

Bo może właśnie tego potrzebujemy.

Odpoczynek też jest częścią jazdy

Przyzwyczailiśmy się myśleć o odpoczynku jako o czymś, co robimy po ciężkim treningu.

Ale może odpoczynek od samego celu jest równie potrzebny.

Nie tylko mięśnie potrzebują regeneracji. Głowa też może mieć dość ciągłego myślenia o tym, co trzeba zrobić, ile kilometrów przejechać i do czego jeszcze się przygotować.

Zwłaszcza jeśli przez pół roku wszystko było podporządkowane jednemu wydarzeniu.

Dlatego może nie ma nic złego w tym, że po jego zakończeniu przez kilka tygodni rower przestaje być najważniejszą rzeczą.

Nie trzeba tego naprawiać.

Nie trzeba na siłę szukać motywacji.

Można po prostu odpuścić.

Rower nigdzie nie ucieknie

Może właśnie wtedy, kiedy trochę odpuścisz, zacznie wracać ochota.

Najpierw pojawi się myśl o krótkiej przejażdżce.

Potem zobaczysz gdzieś ciekawą drogę.

Później zaczniesz sprawdzać mapę.

I któregoś dnia znowu będziesz chciał pojechać gdzieś dalej.

Tym razem nie dlatego, że musisz.

Tylko dlatego, że masz ochotę.

I może wtedy przyjdzie czas na kolejny cel.

Nie dlatego, że poprzedni się skończył i trzeba czymś zapełnić pustkę. Tylko dlatego, że znowu pojawiła się ciekawość.

Może czasami najlepszym przygotowaniem do kolejnego celu jest przez chwilę nie mieć żadnego celu.

Odpuścić, odpocząć, pojechać mniej.

Nawet jeśli przed nami zostało jeszcze pół sezonu.

Bo rower nigdzie nie ucieknie.