500 km bez snu. Sprawdzian, którego nie widać na Stravie

Najtrudniejsze 500 kilometrów nie zaczyna się na starcie. Zaczyna się dużo wcześniej, od pytania, które przez lata nie daje spokoju. Ta wyprawa była próbą znalezienia odpowiedzi.

Licznik rowerowy Garmin wyświetlający dystans 500 km

Kilka lat temu próbowałem przejechać 500 km. Nie udało się – trasa została niedokończona, a w głowie pozostało pytanie, co by było, gdyby…

Postanowiłem spróbować ponownie, samotnie, bez presji, z czasem tylko dla siebie. Przygotowywałem się do tego przez pół roku: nie tylko nogi, ale też plan podróży, sprzęt, każdy drobiazg, który mógł zrobić różnicę.

To była moja szansa, żeby domknąć coś, co kiedyś zostało przerwane, i sprawdzić, jak poradzę sobie sam na sam ze sobą.

Rano wsiadłem na rower i poczułem, że to nie wyścig. Każdy kilometr liczył się nie tyle w metrach, co w tym, jak radziłem sobie ze zmęczeniem, kolejnymi godzinami w siodle i własnymi myślami. Od pierwszego do ostatniego kilometra 500 km stało się moim testem wytrzymałości – fizycznej i mentalnej.


0-150 km

Kilka dni przed startem najbardziej bałem się pogody.

Prognozy zmieniały się z godziny na godzinę. Raz zapowiadały deszcz, raz jeszcze więcej deszczu. Sprawdzałem je częściej, niż powinienem. W głowie budowałem scenariusze, w których przemoknięte ubrania, wiatr i chłód kończą wyprawę szybciej niż brak sił.

Rzeczywistość postanowiła przywitać mnie dokładnie tym, czego się obawiałem.

Deszcz.

Nie jakaś lekka mżawka. Prawdziwy, mokry początek dnia.

A potem przyszła guma…

Stojąc przy drodze, mokry od deszczu, z rowerem odwróconym kołami do góry, pomyślałem przez chwilę, że to nie jest najlepszy początek wyprawy, do której przygotowywałem się przez tyle miesięcy.

Ale właśnie wtedy zrozumiałem coś ważnego.

Na trasie nie ma miejsca na zamartwianie się.

Jest tylko zadanie do wykonania.

Wymienić dętkę.

Spakować narzędzia.

Ruszyć dalej.

Kilometry zaczęły wpadać jeden po drugim. Deszcz nadal padał, ale przestał być problemem. Stał się częścią dnia.

Po drodze spotkałem człowieka objeżdżającego Polskę na rowerze Wigry 2.

Takie spotkania mają niezwykłą moc. Przypominają, że granice najczęściej istnieją w naszych głowach. Gdy my zastanawiamy się nad idealnym sprzętem, ktoś inny jedzie przez kraj na rowerze, który większość ludzi zostawiłaby w piwnicy.


150-300 km

W końcu przestało padać. Po kilku godzinach jazdy w deszczu słońce wydawało się większą nagrodą, niż powinno. Ubrania zaczęły wysychać, droga zrobiła się przyjemniejsza, a ja po raz pierwszy pomyślałem, że ten dzień może jednak ułożyć się po mojej myśli.

Nie trwało to długo.

Pierwszy kryzys pojawił się w okolicach 170 kilometra. Nogi nadal pracowały, ale głowa zaczęła zadawać pytania. Przede mną było jeszcze ponad trzysta kilometrów. Wieczór dopiero się zbliżał. Potem miała przyjść noc, a po niej kolejny dzień jazdy.

Po raz pierwszy poczułem ciężar całego przedsięwzięcia.

To jednak był jeden z tych kryzysów, które przychodzą bez zapowiedzi i równie szybko odchodzą. Kilka kilometrów później, po jedzeniu i krótkim postoju, wszystko wróciło do normy. W okolicach 200 kilometra znów jechało się dobrze.

Dalsza część dnia była spokojna. Jadłem regularnie, uzupełniałem bidony i przesuwałem się na północ. Nic spektakularnego się nie wydarzyło, ale właśnie tego potrzebowałem. Każdy kolejny kilometr przybliżał mnie do nocy, która od początku wydawała się największą niewiadomą całej wyprawy.

Coraz rzadziej myślałem o mecie. Była zbyt daleko. Skupiałem się na kolejnej miejscowości, następnej stacji i następnym posiłku. Dokładnie tak przejeżdża się duże dystanse. Nie myśląc o pięciuset kilometrach. Myśląc o najbliższych kilku.


300-400 km

Najbardziej zapamiętam noc.

Nie deszcz, który przywitał mnie na początku wyprawy. Nie gumę wymienianą przy drodze. Nawet nie zmęczenie.

Noc.

Kiedy licznik minął trzysta kilometrów, zrozumiałem, że nie jadę już na wycieczkę. Jadę w miejsce, w którym wcześniej nigdy nie byłem.

To właśnie dla takich chwil warto czasem wyjść poza swoją strefę komfortu. Drogi opustoszały, temperatura spadła, a świat skurczył się do kilku metrów światła rzucanego przez lampkę.

Wszystko, co nie znajdowało się przed przednim kołem, przestało mieć znaczenie. Zostałem tylko ja, rower i kolejne kilometry znikające w ciemności.

Właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem. Przez całą noc mijały mnie dziesiątki ciężarówek. Każda z dużym odstępem. Wielu kierowców sygnalizowało manewr światłami, niektórzy zwalniali bardziej, niż wymagałaby tego sytuacja. W czasach, gdy tak często mówi się o konflikcie między kierowcami a rowerzystami, tej nocy zobaczyłem coś zupełnie odwrotnego.

Był to prosty, ale bardzo wyraźny przykład wzajemnego szacunku na drodze. I być może właśnie dlatego ten fragment wyprawy zapamiętam najlepiej. Nie przez liczby, nie przez rekordy, ale przez poczucie, że nawet samotnie, setki kilometrów od domu, nie byłem na tej drodze sam.


400-477 km

Po czterystu kilometrach wszystko wygląda inaczej.

Nogi nadal kręcą, rower nadal jedzie, ale organizm zaczyna zadawać pytania, których wcześniej nie było.

Po co?

Dlaczego?

Czy naprawdę musisz jechać dalej?

To nie jest jeszcze moment wielkiego kryzysu. To coś bardziej podstępnego. Powolne zmęczenie, które siada obok i przypomina o sobie przy każdym mocniejszym naciśnięciu na pedały.

Pusta droga

Przyszedł nowy dzień

Każdy kilometr staje się dłuższy, a każdy postój kończy się szybciej, niż chciałbyś. To był moment, w którym skończyła się jazda fizyczna, a zaczęła mentalna. Nogi wciąż miały siłę pracować, ale głowa coraz częściej szukała powodów, żeby zrezygnować.

Wiedziałem jednak, że zbliżam się do liczby 477. Do mojego poprzedniego rekordu. Do granicy, której nigdy wcześniej nie udało mi się przekroczyć. Przez lata była punktem odniesienia i przypomnieniem o niedokończonej historii.

Kiedy licznik pokazał 478 kilometrów, nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie było fanfar, owacji ani nagłego przypływu energii. Była tylko cicha satysfakcja i świadomość, że zostawiłem za sobą coś, co przez długi czas wydawało się nieosiągalne.

Granica została przekroczona, ale droga wciąż trwała. I właśnie dlatego kolejne kilometry miały okazać się najtrudniejsze ze wszystkich.


Ostatnie 30 km

To były najdłuższe trzydzieści kilometrów mojego życia.

Nie dlatego, że były technicznie trudne.

Tylko dlatego, że organizm miał już dość.

Każdy kilometr trwał dłużej, niż powinien. Każdy kolejny znak drogowy wydawał się ustawiony dalej, niż pokazuje mapa. Nogi nadal pracowały, ale robiły to już bardziej z przyzwyczajenia niż z entuzjazmu.

Jeszcze kawałek.

Jeszcze kilka minut.

Jeszcze do następnego zakrętu.

Było ciężko. Nie dlatego, że trasa nagle stała się trudniejsza. Po prostu przez kilkaset kilometrów zbierałem zmęczenie, które w końcu wystawiło rachunek. Nie myślałem już o morzu, o czasie przejazdu ani o tym, jak daleko zostało do mety. Liczył się tylko ruch do przodu.

I nagle stało się coś, o czym myślałem przez pół roku.

Na liczniku pojawiła się liczba 500.

Przez miesiące była celem.

W ostatnim tygodniu stała się źródłem stresu.

Przez ostatnie godziny czymś, o czym starałem się nie myśleć.

A teraz po prostu tam była.

500

Przez chwilę patrzyłem na ekran licznika i próbowałem uwierzyć, że to już koniec.

Tylko cisza i ogromna satysfakcja, która przyszła razem ze świadomością, że historia rozpoczęta kilka lat wcześniej właśnie dobiegła końca.

I ogromna radość.

Nie z wyniku.

Nie ze średniej.

Nie z czasu.

Z faktu, że udało się dokończyć coś, co przez lata pozostawało niedokończone.


Samotna podróż.
Bez wsparcia.
Bez publiczności.
Czas tylko dla siebie.

500 km to nie dystans.
To domknięcie czegoś, co zbyt długo było otwarte.

Kilka dni wcześniej najbardziej bałem się deszczu.

Dziś ledwo o nim pamiętam.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *