Jedzenie na rowerze nie liczy się

Jedzenie na rowerze to nie tylko paliwo. Czasem najlepszym wspomnieniem z całej wyprawy okazuje się kawa i croissant znalezione tam, gdzie nie spodziewałeś się znaleźć niczego.

Croissant z kawą

Jest taki moment na każdej dłuższej trasie, kiedy przestajesz myśleć o rowerze. Nie interesuje Cię już średnia, liczba przejechanych kilometrów ani to, czy podjazd był o dwa procent bardziej stromy niż pokazywał profil trasy. Coraz częściej spoglądasz za to na zegarek i zaczynasz zastanawiać się, gdzie uda się coś zjeść.

To znak, że czas na postój.

Nie dlatego, że jesteś słaby. Nie dlatego, że brakuje Ci charakteru. Po prostu dlatego, że organizm od kilku godzin zamienia jedzenie w kolejne kilometry i w pewnym momencie zaczyna domagać się nowej dostawy paliwa.

Nie czekaj na głód

Można oczywiście udawać twardziela.

Ignorować pierwsze sygnały głodu i przekonywać samego siebie, że jeszcze trochę wytrzymasz. Problem polega na tym, że rower bardzo szybko weryfikuje takie pomysły. Nagle nogi robią się cięższe, tempo zaczyna spadać, a wiatr, który jeszcze godzinę temu był ledwie zauważalny, wydaje się wiać prosto w twarz z siłą huraganu.

Najczęściej nie brakuje wtedy motywacji.

Brakuje jedzenia.

Dlatego przez lata nauczyłem się jednej prostej zasady. Jem zanim poczuję głód. Nie liczę obsesyjnie gramów węglowodanów na godzinę i nie ustawiam alarmów w liczniku, ale wiem, że regularne podjadanie podczas jazdy działa znacznie lepiej niż próba ratowania sytuacji wtedy, gdy organizm zaczyna już protestować.

Kanapka wyciągnięta z torby.

Banan kupiony w przypadkowym sklepie.

Baton znaleziony na dnie sakwy.

To nie są rzeczy, które trafiają później do relacji z wyprawy. Nikt nie robi zdjęć kanapce z serem zjedzonej na poboczu drogi. A jednak bardzo często to właśnie ona pozwala przejechać kolejne kilkadziesiąt kilometrów.

Są postoje i są postoje

Jedzenie na rowerze jest mało romantyczne.

Ale tylko do pewnego momentu.

Bo obok tych zwykłych przystanków istnieją również postoje, które zostają w pamięci na lata.

Nie pamiętam wszystkich tras, które przejechałem. Nie pamiętam większości średnich prędkości ani czasów przejazdu. Za to doskonale pamiętam małe kawiarnie czy sklepy znalezione gdzieś pośrodku niczego. Takie miejsca, które pojawiają się niespodziewanie po wielu kilometrach lasów, pól i pustych dróg, kiedy zaczynasz zakładać, że przez kolejną godzinę nie spotkasz żywej duszy.

A potem nagle stoją przed Tobą.

Kilka stolików.

Drewniana wiata.

Zapach kawy.

Ciasto wystawione za szybą.

I rower oparty o ścianę budynku.

W takich miejscach zwykła kawa smakuje lepiej niż w najlepszej kawiarni w centrum miasta. Nie dlatego, że jest lepiej przygotowana. Czasem wręcz przeciwnie. Smakuje lepiej, ponieważ trzeba było na nią zapracować kilkoma godzinami jazdy, wiatrem pod koła i kolejnymi kilometrami asfaltu znikającego pod oponami.

Kalorie, które się nie liczą

Podobnie jest z ciastem.

Albo croissantem.

Czymkolwiek, co akurat znajduje się w witrynie.

Nie wiem, czy istnieją badania potwierdzające tę teorię, ale jestem przekonany, że kalorie spożywane podczas rowerowej wyprawy działają inaczej niż wszystkie pozostałe. Kawałek ciasta zjedzony w domu to po prostu kawałek ciasta. Ten sam kawałek ciasta zjedzony po stu kilometrach jazdy staje się niemal elementem wyposażenia rowerowego.

I nie zamierzam nikomu udowadniać, że jest inaczej.

Więcej niż paliwo

Z perspektywy czasu coraz częściej dochodzę do wniosku, że jedzenie jest częścią podróży równie ważną jak sama droga. To ono wyznacza rytm dnia. To wokół kolejnego sklepu, stacji czy kawiarni budujesz następne godziny jazdy. To ono sprawia, że zatrzymujesz się na chwilę, rozglądasz dookoła i zaczynasz zauważać miejsca, które w przeciwnym razie minąłbyś bez zastanowienia.

Można traktować jedzenie wyłącznie jako paliwo.

I czasami rzeczywiście nim jest.

Ale podczas długich wypraw staje się czymś więcej. Staje się częścią wspomnień, które zabierasz ze sobą do domu. Częścią historii, którą będziesz później opowiadał znajomym. Częścią tych momentów, które przypominają, że jazda na rowerze nie zawsze polega na ściganiu się z czasem.

Czasem chodzi po prostu o to, żeby przejechać kawałek świata, znaleźć kawiarnię ukrytą pośród drzew i usiąść przy stoliku z kubkiem gorącej kawy, zanim ruszysz dalej.

Bo ostatecznie rower potrzebuje jedzenia tak samo jak człowiek.

A kawa i ciasto znalezione gdzieś pośrodku lasu potrafią zrobić dla morale więcej niż niejeden karbonowy upgrade.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *