Rowerem wokół Zalewu Szczecińskiego – 300 kilometrów między dzikością a spokojem

Trzy dni jazdy, około 300 kilometrów i dwa zupełnie różne światy po obu stronach Zalewu Szczecińskiego. Dzika polska strona, spokojne niemieckie szutry, morze, lasy i droga, która bardziej przypomina małą wyprawę niż zwykłą weekendową trasę.

Objuczony rower gravelowy przy Zalewie Szczecińskim

Czasami nie trzeba jechać w Alpy.

Wystarczy objechać Zalew Szczeciński.

Trzy dni. Około 300 kilometrów. Sakwy, wiatr i drogi, na których częściej spotykasz sarny niż samochody. Wyjechaliśmy ze Szczecina bez wielkiego planu na epicką wyprawę. Bardziej chodziło o to, żeby po prostu ruszyć przed siebie. Sprawdzić, co kryje się wokół zalewu, kiedy zamiast wracać wieczorem do domu, jedziesz dalej.

I właśnie takie wyjazdy najczęściej zostają w głowie najdłużej.

Informacje o trasie

Dystans

  • około 300 km

Dzienny dystans

  • dzień 1: około 130 km
  • dzień 2: około 130 km
  • dzień 3: około 50 km

Dla kogo?

Dla osób, które chcą zrobić swoją pierwszą kilkudniową wyprawę bez wyjeżdżania na drugi koniec Europy. Trasa wokół Zalewu Szczecińskiego daje wszystko, czego potrzeba: przestrzeń, spokój, zmienne nawierzchnie i poczucie prawdziwej drogi.

Trzy dni jazdy i dwa zupełnie różne światy

Plan był prosty.

Pierwszego dnia około 130 kilometrów po polskiej stronie. Drugiego kolejne 130 już po stronie niemieckiej. Trzeciego spokojny powrót do Szczecina. Bez ścigania się, bez ciśnienia na średnią. Po prostu jazda z sakwami i noclegami po drodze.

Od początku było czuć, że ta trasa będzie miała dwa zupełnie różne charaktery.

Zalew Szczeciński

Droga szutrowa przy Zalewie

Polska strona była surowa. Bardziej dzika. Miejscami nierówna i trochę zapomniana. Niemiecka z kolei wyglądała tak, jakby ktoś projektował ją specjalnie pod spokojne rowerowe podróżowanie. Idealne szutry, lasy i kilometry dróg, na których panowała kompletna cisza.

I właśnie ten kontrast zrobił największe wrażenie.

Polska strona – dzikość, wiatr i przestrzeń

Pierwszy dzień miał w sobie coś bardzo gravelowego.

Nie chodzi nawet o nawierzchnię. Bardziej o klimat drogi. Im dalej od Szczecina, tym mniej wszystkiego. Mniej ludzi. Mniej samochodów. Zero pośpiechu.

Momentami jechaliśmy blisko samego zalewu. Wiatr potrafił mocno przypominać o swojej obecności, a asfalt co jakiś czas przechodził w szuter albo drogę, która dawno przestała być idealna.

I właśnie to było najlepsze.

Po polskiej stronie Zalewu Szczecińskiego cały czas miałem wrażenie obcowania z naturą bardziej niż z infrastrukturą. Wokół praktycznie non stop było słychać ptaki. Czasami jechaliśmy przez długie odcinki lasów i mokradeł, gdzie jedynym dźwiękiem był śpiew ptaków, odgłos godowy żab i szum opon po szutrze.

To jeden z tych klimatów, których nie da się pokazać zdjęciem.

Lasy na szlaku

Niesamowity spokój i dzikość

Po drodze co chwilę trafialiśmy też na drewniane wiaty i miejsca przygotowane pod odpoczynek. I szczerze mówiąc, gdyby ktoś chciał zrobić tę trasę bardziej budżetowo albo po prostu lubi jazdę z namiotem, spokojnie da się tu zorganizować bardzo klimatyczny bikepacking praktycznie bez rezerwowania noclegów.

Polska strona nie próbuje być idealna. I może właśnie dlatego ma charakter.

Pod koniec pierwszego dnia mijaliśmy okolice wyspy Wolin i Centrum Słowian i Wikingów, gdzie historia miesza się z tym surowym klimatem wybrzeża i zalewu. Chwilę później można już dojechać praktycznie nad samo morze i zobaczyć zupełnie inny krajobraz niż ten przy samym zalewie.

Ogromne wrażenie robi też sama przeprawa w Świnoujściu. Po wielu kilometrach spokojnej jazdy nagle pojawia się portowy klimat, promy i morze. To jeden z tych momentów, które naprawdę dają poczucie podróży.

I jest jeszcze jedna rzecz, którą mocno czuć po polskiej stronie.

Ta trasa często omija miejscowości zamiast przez nie prowadzić. Dla jednych będzie to wada. Dla innych ogromna zaleta. Są momenty, gdzie przez wiele kilometrów jedziesz praktycznie tylko między lasem, wodą i polami. Bardziej czujesz drogę niż turystyczny szlak.

Niemiecka strona – rowerowy spokój i idealne szutry

Drugiego dnia wszystko się zmieniło.

Po niemieckiej stronie tempo jazdy od razu zrobiło się inne. Drogi były równe, szerokie i praktycznie puste. Długie odcinki prowadziły przez lasy, a ścieżki rowerowe momentami wyglądały lepiej niż normalne drogi dla samochodów.

To nie była jazda w stylu walka z trasą. Bardziej płynięcie przed siebie.

Przepiękne szutry na trasie

Wciąż wśród wody

Kilometry wpadały zaskakująco szybko. Nie dlatego, że mocniej naciskaliśmy na pedały. Po prostu wszystko wokół sprzyjało spokojnej jeździe. Cisza, las i mały ruch samochodowy robiły swoje.

Ogromną różnicę było też czuć w zachowaniu kierowców. Kilka razy łapałem się na tym, że auta zwalniały albo zostawiały tyle miejsca przy wyprzedzaniu, że po chwili przestawałeś w ogóle o nich myśleć.

I jest coś jeszcze.

Po niemieckiej stronie trasa dużo częściej prowadzi przez małe miasta i miasteczka. Niektóre wyglądają wręcz pocztówkowo. Dzięki temu ten fragment wyprawy ma zupełnie inny rytm niż po stronie polskiej. Tam dominowała natura i pustka. Tutaj co chwilę pojawiały się mariny, porty, stare zabudowania i małe uliczki, które aż proszą się o zatrzymanie na chwilę.

Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc po drodze był też Karnin Lift Bridge. Stary, niedokończony most kolejowy wygląda trochę jak fragment innego świata zostawiony pośrodku wody i trzcin. To dokładnie ten typ miejsca, którego raczej nie zobaczysz jadąc samochodem.

Sakwy znowu przypomniały mi, dlaczego je lubię

Ten wyjazd był też kolejnym przypomnieniem, że klasyczne sakwy nadal mają sens.

Nie wyglądały najbardziej fotogenicznie. Nie były też najszybszym setupem świata. Ale kiedy przez trzy dni po prostu jedziesz od miejsca do miejsca i nocujesz po drodze, wygoda wygrywa z minimalizmem.

Nie trzeba było upychać wszystkiego na siłę. Nie trzeba było zastanawiać się, czy zmieści się dodatkowa bluza albo jedzenie na wieczór. Po prostu pakujesz sprzęt i ruszasz.

Przy takich trasach to daje ogromny spokój.

Szczecin – duże miasto, które pozytywnie zaskakuje

Na początku i końcu całej wyprawy jest jeszcze Szczecin.

I mimo że to duża miejscowość, naprawdę potrafi zrobić wrażenie z perspektywy roweru. Szerokie aleje, dużo zieleni i klimat, który momentami bardziej przypomina portowe miasta północy niż typową polską metropolię.

Oczywiście trzeba się przez nie przebić, szczególnie przy wyjeździe i powrocie, ale po kilku dniach jazdy widok Szczecina daje bardzo przyjemne poczucie zamknięcia całej pętli.

Zachód Słońca nad Zalewem Szczecińskim

Ścieżka rowerowa wzdłuż drogi do Szczecina

I chyba właśnie wtedy najbardziej czuć zmęczenie po dwóch mocnych dniach jazdy. Nogi pracują już inaczej. Tempo siada. Ale jednocześnie pojawia się ten specyficzny spokój, który zna chyba każdy po kilkudniowej trasie.

Nie musisz już nigdzie gonić.

Wiesz, że wyprawa powoli się kończy.

Najdziwniejsze w takich wyjazdach jest to, że po zaledwie trzech dniach wracasz do domu, jakbyś był poza nim dużo dłużej. Kilkaset kilometrów wokół Zalewu Szczecińskiego wystarczyło, żeby całkowicie wybić głowę z codziennego rytmu.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo lubię rowerowe wyprawy.

Na koniec

To nie była wielka ekspedycja.

Tylko trzy dni wokół Zalewu Szczecińskiego.

Ale właśnie takie wyjazdy przypominają mi, że najlepsze trasy bardzo często zaczynają się dużo bliżej domu, niż nam się wydaje.

Więcej wpisów