Patrzysz na licznik częściej niż na horyzont.
Średnia 23,8 km/h.
Jeszcze chwila, jeszcze jeden mocniejszy odcinek.
Może uda się dociągnąć do 24.
Nie dlatego, że się ścigasz.
Nie dlatego, że to trening pod wyścig.
Po prostu dlatego, że liczba jest tam.
I patrzy.
Kiedy jazda przestaje być jazdą
Nie mam nic przeciwko technologii. Sam przez lata zapisywałem wszystko w Stravie, synchronizowałem z zegarkiem, eksportowałem treningi. Lubię dane. Lubię liczby. Lubię widzieć progres.
Problem zaczyna się wtedy, gdy to nie Ty używasz narzędzia, tylko narzędzie zaczyna używać Ciebie.
„Jeśli nie ma na Stravie,
to się nie wydarzyło”
To zdanie słyszeliśmy wszyscy. Pół żartem, pół serio.
Zaczyna się od wrzucania przejazdów dla siebie. Potem patrzysz, kto dał Kudosy. Potem zaczynasz zerkać, ile kilometrów zrobił kolega. Potem pojawia się cel miesięczny. Roczny. Symboliczne 5000 km.
Kolega dobija kilometrami do Ciebie?
Nie ma opcji.
Wyjście o 5:30.
Dodatkowe 20 km po pracy.
Szybka rundka po osiedlu, żeby wyrównać licznik.
Brzmi znajomo?
Ja też to przerabiałem. Były momenty, kiedy brakowało mi kilkudziesięciu kilometrów do rocznego celu. Mróz -15°C. Rozsądek mówił: odpuść. Ego mówiło: przecież dasz radę.
I dawałem.
Tylko że coraz rzadziej wracałem z jazdy naprawdę zadowolony.
Pamiętam też sytuacje bardziej absurdalne. Czekanie, aż GPS złapie sygnał, podczas gdy wschód słońca właśnie zaczynał się nad wzgórzem. Zamiast ruszyć i po prostu być tam na czas, stałem i patrzyłem na pasek ładowania satelitów.

Czy bez śladu to wciąż ma sens?
Przejechałem kiedyś prawie 500 kilometrów bez snu, jadąc z przyjacielem nad morze. Było zmęczenie, cisza, śmiech o trzeciej nad ranem, momenty zwątpienia i momenty totalnej jasności w głowie. To był jeden z najmocniejszych przejazdów w moim życiu.
I czasem zadaję sobie pytanie: czy byłby mniej prawdziwy, gdyby nie było po nim śladu w aplikacji?
Najmocniejsze jazdy pamiętam bez mapy.
Najsłabsze często żyją tylko w tabeli.
I tylko tam mają znaczenie.
W pewnym momencie zrozumiałem, że problemem nie jest ani Strava, ani licznik od Garmina czy Wahoo. Problem zaczyna się wtedy, gdy liczba zaczyna mówić, ile jesteś wart jako rowerzysta.
Kiedy średnia prędkość zaczyna definiować, czy dzień był „dobry”.
Co tak naprawdę tracimy?
Nie chodzi o to, że dane są złe. Trening oparty na liczbach ma sens. Jeśli przygotowujesz się do wyścigu, analizujesz obciążenie, kontrolujesz objętość – liczby są narzędziem.
Ale większość z nas nie jedzie Tour de France. Jedziemy do lasu. W piach. W błoto. W ciszę.
A tam presja średniej prędkości potrafi ukraść coś bardzo prostego: czystą przyjemność ruchu.
Zauważyłem, że kiedy jechałem „pod średnią”, rzadziej czułem wdzięczność. Rzadziej zwalniałem. Rzadziej chłonąłem przestrzeń. W głowie cały czas pracował licznik.
Nie byłem w pełni obecny.
Mały eksperyment
Spróbuj jednej rzeczy: wyjdź na jazdę i nie włącz zapisu. Albo wyłącz ekran ze średnią. Albo ustaw licznik tylko na godzinę.
Pierwsze kilometry będą dziwne. Ręka sama będzie chciała sprawdzić tempo. W głowie pojawi się pytanie: ile już przejechałem?
A potem, powoli, napięcie zacznie puszczać.
I nagle okaże się, że znowu jedziesz.
Nie dla cyferek.
Nie dla podsumowania roku.
Nie dla porównania.
Dla siebie.
Może nie każda jazda musi zostawiać ślad.
Może nie wszystko trzeba policzyć.
Może czasem warto zbierać wspomnienia, a nie kilometry.
Czasem największą odwagą nie jest podkręcić tempo.
Czasem największą odwagą jest wyłączyć licznik.


Komentarze
Jedna odpowiedź do „Presja średniej prędkości – jak przestać jeździć dla Stravy”
[…] Wyjdź na 30–60 minut.Nie planuj idealnej trasy.I nie patrz obsesyjnie na liczby. […]