Siedem kilometrów.
Tyle zostało do domu, kiedy usłyszałem to charakterystyczne psssst.
Zatrzymałem się.
Spojrzenie w dół.
Flak.
Bez dramatu. Bez złości. Po prostu fakt.
Ścieżka rowerowa. Dobra nawierzchnia. Ruch całkiem spory.
Jeden przejechał.
Drugi.
Piąty.
Piętnasty.
Każdy skupiony na swoim tempie. Na watomierzu. Na treningu. Na tym, żeby jechać.
Nikt nawet nie zwolnił.
I nie chodzi o to, żeby każdy się zatrzymywał.
Nie chodzi o to, żeby ktoś ratował dzień.
Chodzi o ten odruch.
Spojrzenie.
Gest.
Jedno krótkie: „Masz wszystko?„
Nic.
Mijali mnie jak słupek przy drodze.
Święte krowy.
My, rowerzyści.
Ci od zasad. Od kultury na drodze. Od narzekania na kierowców.
A wystarczyła chwila.
Zatrzymał się jeden.
Bez wielkich słów.
Bez bohaterstwa.
– Wszystko okej?
Miałem.
Dętkę, pompkę, czas.
Ale nie o to chodziło.
Chodziło o to, że ktoś zauważył.
Bo prawda jest prosta.
Nie jesteś „rowerzystą”, bo masz sprzęt.
Nie jesteś „społecznością”, bo wrzucasz zdjęcia.
Jesteś tym, co robisz, kiedy ktoś stoi na poboczu.





Dodaj komentarz