Dojeżdżasz do miejsca, które wygląda idealnie.
Mgła.
Puste jezioro.
Pierwsze promienie słońca.
Rower czeka obok.
Pierwszy odruch?
Telefon.
A może aparat.
Robisz zdjęcie.
Potem jeszcze jedno.
Pion.
Poziom.
Detal kokpitu
I jeszcze jedno, żeby mieć wybór.
Instagram gotowy.
I nagle orientujesz się, że byłeś tam pięć minut, ale właściwie… nie byłeś tam ani przez chwilę.
Patrzyłeś przez ekran.
Kiedyś jeździło się bez myśli, że trzeba coś pokazać.
Dzisiaj prawie każda piękna chwila automatycznie zamienia się w potencjalny post.
Nie dlatego, że jesteśmy próżni.
To po prostu stało się czymś zupełnie naturalnym.
Są takie momenty, kiedy świadomie odkładasz aparat.
Siadasz.
Wsłuchujesz się w ciszę.
Patrzysz.
Nie robisz żadnego zdjęcia, nie nagrywasz żadnego filmu.
I właśnie ten poranek pamiętasz najlepiej.
Pamięć zapisuje chwile.
Zdjęcie zapisuje obraz.
Często łapię się na tym, że planując kolejną trasę, najpierw myślę o miejscu, z którego będzie dobre zdjęcie.
Szukam polany, punktu widokowego albo leśnej drogi, która dobrze będzie wyglądała na fotografii.
I dopiero później zastanawiam się, czy to miejsce naprawdę chcę zobaczyć.
Nie zawsze się udaje.
Ale ostatnio coraz częściej próbuję odwrócić tę kolejność.
Być może sam prowadzisz bloga, kanał na YouTube, czy konta na social mediach.
Rozumiem to.
Robisz zdjęcia.
Nagrywasz filmy.
Publikujesz.
Ale coraz częściej zadajesz sobie pytanie.
Czy robię zdjęcie dlatego, że chcę je mieć? Czy dlatego, że chcę je pokazać?
Nie namawiam nikogo, żeby przestać fotografować.
Wręcz przeciwnie.
Zdjęcia są piękną pamiątką.
Ale może warto zostawić kilka miejsc tylko dla siebie.
Takich, których nigdy nie zobaczy Instagram.
Nigdy nie trafią na blog.
Nigdy nie staną się filmem.
Będą istniały tylko w pamięci.
I może właśnie dlatego zostaną z Tobą najdłużej.





Dodaj komentarz