Gravel miał być rowerem na wszystko.
Asfalt prowadzący do lasu. Leśne dukty. Szuter, którego nie ma na mapach. I spontaniczne skręty w boczne drogi, kiedy kończy się plan, a zaczyna ciekawość.
Brzmiało idealnie.
I przez długi czas byłem przekonany, że skoro kupiłem gravela, powinienem z niego korzystać właśnie w taki sposób. Im więcej kurzu na ramie i błota na oponach, tym bardziej miałem poczucie, że robię to „jak należy”. Nie zastanawiałem się, skąd wzięło się to przekonanie. Po prostu chłonąłem obrazy, które codziennie przewijały się w internecie.
Nie zdjęcia. Kilometry.
Dopiero po kilku latach zacząłem patrzeć nie na zdjęcia, ale na własny licznik.
Nie prowadziłem żadnych statystyk. Nie otwierałem Excela. Wystarczyło przypomnieć sobie ostatnie miesiące.
Większość tras zaczynała się na asfalcie.
Na asfalt wracałem.
To asfalt prowadził mnie do lasu i z powrotem do domu. Szuter był tym momentem, na który czekałem najbardziej, ale wcale nie zajmował największej części dnia. Był przyprawą, a nie głównym składnikiem.
Mimo to przez cały czas zachowywałem się tak, jakbym przygotowywał rower do codziennej jazdy po bezdrożach.
To zabawne, jak łatwo można zacząć budować rower pod wyobrażenie o sobie, zamiast pod siebie.
Gravel też ma swoją modę
Gravel ma dziś swój mundur.
Szerokie opony.
Agresywny bieżnik.
Torby.
Kurz na zdjęciach.
Nie ma w tym nic złego. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy bardziej zależy nam na tym, żeby rower wyglądał jak gravel z internetu, niż na tym, żeby odpowiadał temu, jak naprawdę jeździmy.
Sam długo nie zauważałem tej różnicy.

Dopiero kiedy zacząłem uczciwie odpowiadać sobie na proste pytania, wszystko zaczęło się układać.
Gdzie jeżdżę najczęściej?
Jak wyglądają moje trasy?
Na czym najbardziej mi zależy?
Nie na tym, co wypada.
Nie na tym, co jest modne.
Na tym, co sprawia, że chcę wyjechać kolejny raz.
Rower dla mnie, nie dla internetu
I wtedy zrozumiałem, że największą zmianą, jaką mogę wprowadzić w swoim gravelu, wcale nie będzie nowy napęd, lżejsze koła ani kolejny karbonowy element. Największą zmianą będzie przyznanie przed samym sobą, że zdecydowaną większość kilometrów pokonuję po asfalcie.
Dlatego następny komplet opon nie będzie próbował udowodnić, że mój rower jest gotowy na wszystko.
Ma być gotowy na to, jak naprawdę jeżdżę.
Bo może największą zaletą gravela nie jest to, że potrafi wszystko.
Może jego największą zaletą jest to, że można go przestać udawać.
Nie przestałem szukać szutru.
Przestałem udawać, że tylko dla niego kupiłem gravela.




