Najtrudniejsza wyprawa? Ta, z której rezygnujesz

Dostałem zaproszenie na wyprawę, na którą naprawdę chciałem pojechać. Miałem czas, siłę i ponad pół roku na przygotowanie. A jednak powiedziałem: nie tym razem.

Jezioro Garda widziane z brzegu

Dostajesz zaproszenie.

Nie na niedzielną pętlę wokół miasta.
Nie na szybkie sto kilometrów i kawę po drodze.

Na wyprawę. Taką, o której myślisz jeszcze długo po powrocie. Taką, która zaczyna się na długo przed pierwszym obrotem korby i kończy dopiero wtedy, kiedy przestajesz o niej opowiadać.

Masz ponad pół roku na przygotowanie.

Czas i trasa jest.

Ludzie są.

Wszystko się zgadza.

I pierwsza myśl jest oczywista.

Jadę.

Bo jak można odmówić?

Serce już jest na trasie. W głowie układasz treningi, sprzęt, logistykę. Zaczynasz wyobrażać sobie kolejne dni. Podjazdy. Zmęczenie. Poranki gdzieś daleko od domu.

A potem przychodzi druga myśl.

Spokojniejsza.

Bez emocji.

Nie tym razem.

I nagle okazuje się, że najtrudniejszą decyzją nie jest pojechać.

Najtrudniejszą decyzją jest odmówić, kiedy naprawdę chcesz jechać.

Nie każdą okazję trzeba wykorzystać

Przez długi czas wydawało mi się, że jeśli pojawia się okazja do zrobienia czegoś dużego, trzeba ją wykorzystać.

Bo przecież nie wiadomo, kiedy pojawi się następna.

To jedna z tych rzeczy, które łatwo sobie wmówić.

Masz możliwość – korzystasz.

Dostępny czas – działasz.

Masz siłę – jedziesz.

A jeśli nie pojedziesz, może za rok nie będzie już okazji. Może ktoś inny pojedzie, a trasa zniknie z planów. I życie wszystko pozmienia.

Więc jedź.

Tylko że życie właśnie po to jest ciekawe, że nigdy nie układa się według jednego planu.

Czasami w tym samym momencie, kiedy otwierają się drzwi do jednej rzeczy, zamykają się drzwi do kilku innych.

I wtedy trzeba wybrać.

Nie między dobrym i złym.

Między dwoma dobrymi rzeczami.

Nie zawsze trzeba zaciskać zęby

Lubimy mówić o wytrwałości.

O pokonywaniu własnych ograniczeń.

O tym, żeby nie odpuszczać, kiedy boli.

I słusznie.

Na rowerze bez tego daleko nie zajedziesz.

Czasami trzeba zacisnąć zęby i pojechać dalej. Zrobić kolejny kilometr, mimo że nogi mówią, że wystarczy. Wstać rano, kiedy absolutnie nie chce się wychodzić z domu.

Ale jest druga strona tej samej historii.

Nie każda rezygnacja jest odpuszczeniem.

Czasami rezygnacja jest decyzją.

I chyba właśnie z tym mam największy problem.

Bo łatwiej jest powiedzieć sobie: dam radę.

Trudniej: nie muszę tego robić.

Jeszcze trudniej, kiedy naprawdę tego chcesz.

Bo wtedy nie walczysz z własnym lenistwem.

Walczysz z własnym ego.

A może właśnie teraz nie trzeba?

Pół roku przygotowań brzmi jak mnóstwo czasu. Można trenować, poprawić kondycję, poukładać sprzęt i zaplanować wszystko krok po kroku.

Tylko że pół roku treningu nie odbywa się w próżni. To nie jest sześć miesięcy przeznaczonych wyłącznie na rower. To są też miesiące życia – pracy, rodziny, obowiązków, innych planów, zmęczenia i rzeczy, których nie da się po prostu przesunąć na później.

I czasami właśnie wtedy pojawia się odpowiedź. Nie dlatego, że wyprawa jest zła, nie dlatego, że nie dam rady i nie dlatego, że nie chcę.

Po prostu teraz ważniejsze jest coś innego.

To dziwne uczucie, kiedy naprawdę chcesz jechać, a jednocześnie wiesz, że nie powinieneś. Serce mówi:

Jedź. Takich rzeczy się nie odmawia.

A głowa odpowiada:

Właśnie teraz trzeba odmówić.

Jak zdecydować?

Nie mam na to instrukcji. Nie istnieje przecież kalkulator, który pokaże, czy dana wyprawa jest warta poświęcenia innych rzeczy.

Z czasem zacząłem jednak zadawać sobie kilka pytań.

Czy naprawdę chcę tej konkretnej wyprawy, czy po prostu boję się stracić okazję?

To nie jest to samo. Czasami chcemy czegoś bardziej dlatego, że ktoś inny będzie to miał, niż dlatego, że rzeczywiście tego potrzebujemy.

Drugie pytanie jest trudniejsze:

Co ta wyprawa będzie kosztować poza pieniędzmi?

Nie chodzi tylko o kilka dni urlopu wpisanych w kalendarz. Chodzi również o cały okres przed nią – treningi, przygotowania, weekendowe wyjazdy, czas, energię i organizację życia wokół tego wszystkiego.

I wreszcie:

Co jest teraz ważniejsze?

Nie za pięć lat. Nie kiedyś. Teraz.

Bo priorytety nie są stałe. Zmieniają się razem z życiem, a to, co jeszcze niedawno było najważniejsze, nie musi takie pozostać.

I chyba właśnie tego trzeba się nauczyć – że zmiana priorytetu nie oznacza zdrady własnych marzeń.

A co, jeśli będę żałował?

Pewnie będę. I to jest chyba najbardziej uczciwa odpowiedź.

Będę widział zdjęcia, słuchał opowieści, patrzył na trasę i myślał: Kurczę. Mogłem tam być.

Chorwacka uliczka z widokiem na jezioro

Urocze włoskie miasteczko na tle jeziora

Być może przez chwilę będę nawet żałował tej decyzji. Ale żal nie zawsze oznacza, że podjęliśmy złą decyzję. Czasami oznacza tylko, że zrezygnowaliśmy z czegoś, czego naprawdę chcieliśmy.

A to boli nawet wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy właściwą rzecz.

Nie każda dobra decyzja daje natychmiastowe poczucie ulgi. Czasami po prostu oznacza, że świadomie wybieramy coś innego, co w tym momencie jest dla nas ważniejsze.

Nie każda droga musi zaczynać się teraz

Może największą zmianą jest właśnie to. Kiedyś myślałem bardziej zero-jedynkowo: jadę albo nie jadę, robię albo odpuszczam. Teraz coraz częściej widzę trzecią możliwość.

Nie teraz.

To tylko dwa słowa, ale potrafią zmienić bardzo dużo. „Nie teraz” nie oznacza „nigdy”. Nie oznacza też „nie nadaję się” ani że zabrakło odwagi. Czasami oznacza po prostu: wybieram coś innego.

Może za rok będzie kolejna wyprawa. Pojawi się inna trasa. Może zupełnie przypadkiem trafi się coś, czego dzisiaj nawet nie potrafię sobie wyobrazić.

A może nie.

I z tym też trzeba umieć żyć.

Bo dorosłość chyba w dużej mierze polega na tym, że nie możemy zrobić wszystkiego. Nie możemy być wszędzie, pojechać na każdą wyprawę ani wykorzystać każdej okazji.

I nie każdą okazję powinniśmy.

Czasami życie pokazuje pazur

Rower jest prosty. Trasa jest przed Tobą, masz cel, przygotowujesz się i jedziesz. Życie nie działa w ten sposób. Potrafi w jednej chwili zmienić kierunek, dorzucić coś, czego nie planowałeś, przesunąć priorytety albo zmusić Cię do wyboru, którego wcale nie chciałeś dokonywać.

I wtedy nie zawsze wygrywa ten, kto bardziej się uprze. Czasami większą siłą jest odpuścić jedną rzecz, żeby nie stracić czegoś ważniejszego.

To też jest wytrzymałość. Tylko trochę innego rodzaju.

Bez licznika. Bez segmentu na Stravie. Bez medalu na mecie.

Nikt nawet nie wie, że właśnie coś wygrałeś.

Poza Tobą.


Dostałem zaproszenie na wyprawę i miałem ponad pół roku na przygotowanie. Serce mówiło: jedź. Głowa powiedziała: nie tym razem.

I tym razem posłucham głowy.

Nie dlatego, że przestałem chcieć. Właśnie dlatego, że chcę, ale wiem też, że nie każda rzecz, której bardzo chcemy, musi wydarzyć się właśnie teraz.

Czasami trzeba pozwolić jednej drodze pojechać bez nas.

I wierzyć, że przed nami jeszcze wiele innych.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *