Kupujesz nową część.
Montujesz.
Pierwsza jazda.
Jest perfekcyjnie.
W końcu.
I ten moment, w którym jesteś przekonany, że w końcu skończyłeś.
Rower jest dokładnie taki, jak chciałeś. Nowa kierownica, inne ustawienie kokpitu, kolejne poprawki dopracowywane przez miesiące jazdy. Wszystko miało swoje miejsce i wszystko działało tak, jak powinno.
Po pierwszej trasie wracasz do domu z poczuciem, że wreszcie osiągnąłeś cel.
To jest to.
Nic więcej nie trzeba zmieniać.
Mniej więcej tydzień później zaczynasz oglądać kolejną kierownicę.
I podejrzewasz, że nie jesteś jedyny.
Rower staje się projektem
Jest coś specyficznego w gravelach. Kupujemy je po to, żeby jeździć, a po pewnym czasie zaczynamy traktować je jak projekt, który nigdy nie jest skończony. Zmieniamy mostki, szukamy wygodniejszych opon, przesuwamy klamki o kilka milimetrów, testujemy torby, bagażniki i kolejne ustawienia. Wieczorem przeglądamy internet w poszukiwaniu rozwiązań problemów, których jeszcze rano nawet nie zauważaliśmy.
Z zewnątrz może wyglądać to absurdalnie.
Przecież ten rower już działa.
I zwykle działa całkiem dobrze.

Problem polega na tym, że większość z nas wcale nie próbuje naprawić roweru. Próbujemy zbudować maszynę, która będzie szybsza na asfalcie, wygodniejsza na szutrze, lepsza na całodniowej trasie i gotowa na kilkudniowy bikepacking. Szukamy setupu, który sprawdzi się wszędzie, a jednocześnie nie będzie wymagał żadnych kompromisów.
Tyle że taki setup prawdopodobnie nie istnieje.
Im więcej jeździmy, tym bardziej zaczynamy to rozumieć.
Nie dlatego, że producenci nie potrafią zbudować idealnego roweru. Problem jest znacznie prostszy. My sami ciągle się zmieniamy.

Rowerzysta, który jedzie swoją pierwszą trasę na sto kilometrów, ma zupełnie inne potrzeby niż ten sam człowiek rok później, kiedy zaczyna myśleć o bikepackingu albo pierwszej trasie przez noc. To, co kiedyś wydawało się perfekcyjne, po kolejnych tysiącach kilometrów często przestaje wystarczać.
Nie dlatego, że było złe.
Po prostu staliśmy się kimś innym.
I właśnie dlatego tak wielu z nas nieustannie coś poprawia. Nie gonimy za idealnym rowerem. Gonimy za rowerem, który nadąży za naszym rozwojem.
Żadna część nie zmieni wszystkiego
Internet lubi opowiadać historie o rewolucjach. Nowe koła mają sprawić, że rower zacznie latać. Nowa kierownica ma całkowicie odmienić komfort jazdy. Kolejna torba ma rozwiązać wszystkie problemy podczas wypraw.
Rzeczywistość jest dużo mniej spektakularna.
Większość zmian daje kilka procent poprawy. Czasem mniej. Problem w tym, że po kilku latach te pojedyncze procenty zaczynają się sumować. Nagle okazuje się, że rower wygląda zupełnie inaczej niż w dniu zakupu, a każda zmiana była odpowiedzią na jakieś doświadczenie zdobyte na trasie.
To już nie jest rower z katalogu.
To jest Twój rower.

I właśnie dlatego warto uważać, żeby nie przekroczyć cienkiej granicy między ulepszaniem a nieustannym szukaniem problemów do rozwiązania. Prędzej czy później przychodzi moment, w którym trzeba zamknąć przeglądarkę, odłożyć telefon i po prostu wyjść na rower.
Bo żadna nowa część nie zastąpi przejechanych kilometrów.
Żadna owijka nie zastąpi doświadczenia.
Żaden idealny kokpit nie da wspomnień z wyprawy, na którą nigdy nie pojechaliśmy.
Po każdej zmianie pojawia się jednak to samo uczucie. Krótka chwila satysfakcji i przekonanie, że tym razem wszystko jest już dokładnie tak, jak powinno być.
A potem przychodzi kolejna trasa.
Kolejny pomysł.
Kolejna rzecz do poprawienia.
I może właśnie dlatego idealny rower naprawdę istnieje.
Przez około tydzień.





Dodaj komentarz